Zamknij
REKLAMA

Piotrowska: Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wtedy ktoś niósł mnie na skrzydłach...

07:27, 03.03.2018 | Honorata Jankowiak
REKLAMA
Skomentuj

Słowo rak paraliżuje, gdyż pomimo postępu medycyny, choroby nowotworowe zbierają coraz większe żniwo. Czy w takim razie nikt z nas nie może się czuć bezpiecznie? Jak duży wpływ na ilość zachorowań ma szybkie tempo życia i niewłaściwe priorytety? Jak poradzić sobie z diagnozą i dlaczego o chorobie trzeba rozmawiać szczerze i otwarcie? - To my sami musimy znaleźć w sobie tę siłę. Musimy stoczyć tę walkę ze sobą. A następną walką jest pojedynek między nami a rakiem - mówi Dorota Piotrowska, założycielka i prezes stowarzyszenia Gostyński Klub „Amazonki”.

Gazeta Gostyńska: Rak zbiera coraz większe żniwo, a choroby nowotworowe stały się prawdziwą plagą naszych czasów. Co więcej, szacuje się, że zachorowań będzie jeszcze więcej. Czym według Pani jest to spowodowane?

Dorota Piotrowska: Myślę, że składa się na to wiele czynników. Kiedyś tych zachorowań prawdopodobnie też było dużo, ale nie mieliśmy wiedzy, którą teraz dysponujemy. Ludzie chorowali jak świat światem, ale przepływ informacji był słabszy. Dziś przekaz informacji jest szybszy i skuteczniejszy. Coraz bardziej zaawansowana jest również diagnostyka. Myślę, że bardzo duży wpływ na to, że chorujemy na nowotwory i będziemy na nie chorować, ma to w jaki sposób żyjemy. Nowotwory to cena rozwoju cywilizacji i naszej ciągłej potrzeby, by być lepszym. Chcemy coraz więcej posiadać i konkurować ze sobą. Nie mamy poczucia, by cieszyć się tym, co już udało się nam osiągnąć. A przecież, jeśli w tym momencie mamy pracę, zdrowie, ustabilizowane życie rodzinne, to może to jest właśnie ten czas, by się zatrzymać? Tymczasem można powiedzieć, że wsiadamy do Pendolino i pędzimy...Niektórym ten pęd się udaje i docierają do swojej stacji. Ale niektórzy docierają do stacji „Choroba”. Ten trend obserwuje się już od dziecka, bo nawet w przedszkolach i szkołach obecna jest rywalizacja. Często jest tak, że to rodzice chcą poprzez dzieci zrealizować swoje niezaspokojone ambicje. Dlatego jeżeli nie dotrze do nas to, że jest potrzebny czas na pracę, ale też na rodzinę, na odpoczynek czy zabawę, będziemy płacić jeszcze większą cenę. Tak naprawdę od nas samych zależy w jaki sposób ustawimy swoje priorytety.

W jaki sposób Pani dowiedziała się o swojej chorobie i jak emocjonalnie poradziła sobie Pani z tą diagnozą?

Ja też byłam częścią takiego pędu życia. Jednak mimo, że żyłam intensywnie, nie zapominałam o badaniach profilaktycznych. Moim zdaniem taka choroba to znak, że powinno się coś w swoim życiu zmienić. Tak było ze mną. W moim przypadku diagnoza nowotworu pojawiła się przez przypadek. Po kilku miesiącach od mammografii zaczęła mnie boleć zmiana w okolicach piersi, która okazała się być torbielą. To, co mnie zabolało, nie było rakiem, ale przy okazji wykrycia torbieli wykryto cień, który okazał się nowotworem. Miałam to szczęście, że ból od torbieli dał o sobie znać na tyle szybko, że wykryty nowotwór był na wczesnym etapie choroby, chociaż rokowania też nie były pomyślne. Jakie emocje towarzyszyły tej diagnozie? Bunt, strach, lęk, pytanie dlaczego...Taka diagnoza jest jak nieproszony gość, który wchodzi do naszego życia. Cały czas zadaję sobie pytanie, jak ja to przeżyłam? W moim przypadku tak naprawdę już tydzień po diagnozie poddana zostałam pierwszej chemioterapii. Najważniejsze jest trafić na dobrego lekarza, który nas w tej chorobie poprowadzi. Pamiętam jak dzień przed pierwszą chemią przyszła do mnie pani doktor i powiedziała mi po kolei jak będzie wyglądało moje leczenie. Powiedziała czego mogę się spodziewać – mdłości, wymiotów, utraty włosów po około 10-13 dniach...Zostawiła mnie na chwilę, po czym wróciła i zapytała czy nie chciałabym skorzystać z przepustki, by wyjść ze szpitala i pójść wybrać perukę. Ja chętnie się zgodziłam. W sklepie z perukami zostałam bardzo miło obsłużona i bardzo sprawnie panie pomogły mi w wyborze peruki. Wróciłam na oddział szpitalny. Pielęgniarki i pani doktor były pod wielkim wrażeniem, że tak łatwo przyszło mi podjęcie decyzji o zakupie peruki. Dla mnie to była prosta, a jednocześnie trudna decyzja, ale nie chciałam się zamykać, chciałam mimo choroby funkcjonować normalnie i spotykać się z ludźmi. To pomogło mi nie czuć się osaczoną.

Gotowość do walki pojawiła się zatem u Pani bardzo naturalnie. Czy to kwestia nastawienia, determinacji z jaką chce się żyć, woli życia? Jak było w Pani przypadku?

Rak to nie koniec świata. Gdy przyjęłam pierwszą chemię, powiedziałam sobie „Walka się zaczęła”. Ważne jest to, jak chory poukłada sobie tę sytuację. Bo jeżeli nie chcemy żyć, to nie będą w stanie nam pomóc nawet tysiące psychologów, terapeutów. To my sami musimy znaleźć w sobie tę siłę. Musimy stoczyć tę walkę ze sobą. A następną walką jest pojedynek między nami a rakiem. Kolejną bardzo ważną kwestią jest wsparcie najbliższego otoczenia. Najbliżsi cierpią i trzeba to zrozumieć. Muszą znosić te dobre i gorsze momenty chorego. To, że nie cierpią cieleśnie nie znaczy, że nie cierpią psychicznie. Oni też muszą przepracować chorobę bliskiej osoby i przeorganizować swoje życie. Czasem wiedzą więcej niż sam chory. Patrzą na to, co się dzieje z chorym w czasie leczenia. To wszystko jest bardzo trudne. Teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że wtedy ktoś niósł mnie na skrzydłach. Choroba pogłębiła we mnie wiarę i odczucie, że ktoś mnie w tym trudnym czasie walki z chorobą prowadził. Wiem, że była wtedy przy mnie jakaś większa siła, która dodawała mi energii do walki, która prowadzi mnie i jest ze mną cały czas. Zawsze byłam duszą towarzystwa, dobrze się z ludźmi dogadywałam i zawsze ludzie mnie otaczali, ale w czasie choroby doświadczyłam czegoś naprawdę niesamowitego. To była niezwykła ilość telefonów, ludzi, informacji. Nie myślałam, że jestem, oprócz rodziny, dla niektórych ludzi taka ważna. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za wsparcie i za to, że byli i są przy mnie cały czas.

Choroba stała się dla Pani początkiem nowego życia. I to choroba skłoniła Panią do założenia stowarzyszenia Gostyński Klub „Amazonki”. Kiedy podjęła Pani tę decyzję i na jakie wsparcie mogą liczyć członkowie klubu?

Decyzję o założeniu „Amazonek” podjęłam po wyjściu ze szpitala. Jeszcze w czasie leczenia poznałam ochotniczkę, która dawała świadectwo o chorobie. Uświadomiło mi to, jak wielka jest potrzeba rozmowy chorego z innym chorym, który doświadczył tego samego. W tym roku mija dziewięć lat od założenia stowarzyszenia, w którym spotykamy się nie po to, by użalać się nad sobą czy chorobą, ale w miły sposób spędzić wspólnie czas. Obecnie jest nas niespełna czterdzieści osób. Zawiązały się też przyjaźnie. Wiele kobiet podkreśla, że dzięki klubowi mogły wyjść z domu, a nawet znalazły swoje bratnie dusze. Wiedzą, że mają z kim porozmawiać. To bardzo ważne. Gdy kontaktują się z nami nowe kobiety, które dopiero co dowiedziały się o diagnozie, są przez nas wprowadzane w rzeczywistość choroby. Nie cukierkujemy raka. Mówimy prawdę. Wiele kobiet mówi, że takie podejście bardzo im pomogło. Przez tych dziewięć lat udało się nam zrealizować wiele wspólnych inicjatyw i projektów. Próbowaliśmy też wprowadzić ideę uruchomienia dyżurów w klubie dla osób z zewnątrz, ale nie spotkała się z takim zainteresowaniem jakiego byśmy oczekiwali. Nie wszyscy chcą się otworzyć...

Z tego co Pani mówi wynika, że słowo rak wciąż działa paraliżująco, a ludzie boją się o nim mówić. A przecież zachorować może każdy.

To prawda. To jest niezmiernie ważne, by nie zamykać się w sobie. Gdy cierpi ciało, cierpi również umysł. Jeśli będziemy się obawiać wytykania palcami, nie pomoże nam to w leczeniu. Teraz mówi się o tym, że nowotwór jest chorobą przewlekłą i można ją tylko zaleczyć. Jednak to, że chorujemy, nie powoduje, że stajemy się inni czy gorsi. Zachorować może każdy. Dlatego tak ważne jest, by rozmawiać. Nie zawsze potrafimy rozmawiać z chorym na raka. Sama tego doświadczyłam. Rak paraliżuje. Ludzie zdrowi często boją się odezwać do chorującego na nowotwór. Boją się zapytać czy czegoś ta osoba potrzebuje, czy można jej jakoś pomóc. Taką pomocą jest normalna rozmowa czy choćby umówienie się na kawę. Chodzi o to, by być normalnym i jak najwięcej tej normalności wprowadzić w życie chorego, bo strachu jest w nim wystarczająco dużo. Każde badanie się z nim wiąże. Kiedyś zadzwoniła do mnie kobieta z pytaniem, jak mają się zachować, gdy siostra chorująca na raka, przyjdzie ze szpitala do domu? Odpowiedziałam jej, że normalnie. Niestety ludzie chorzy na raka wciąż się stygmatyzowani, a mówienie o ich chorobie często odbywa się w atmosferze sensacji.

Coraz więcej jest zachorowań na raka, ale też wznowień, nawet po kilkunastu latach, gdy mogłoby się wydawać, że chory jest już wyleczony i bezpieczny. Wynika z tego, że nigdy nie ma pewności czy choroba nie wróci. Jaka jest Pani recepta na życie z chorobą?

Nigdy nie mamy pewności czy choroba nie wróci. Trudne są te chwile, gdy odchodzą koleżanki ...Jest wtedy ból i strach, że dzisiaj ona, a jutro może to być ktoś inny. Dlatego trzeba umieć walczyć, umieć rozmawiać o chorobie i potrafić cieszyć się życiem. Żyć tu i teraz. Mieć małe marzenia na najbliższy czas. Trzeba cały czas być sobą i nie uzależniać się od dzisiejszego świata. Ważne jest też to, by przepracowywać wszystkie emocje, gdyż to one leżą u podstaw wielu chorób. Bądźmy mniej pretensjonalni i mniej roszczeniowi. I kochajmy życie, bo jest największym darem.

Dziękuję za rozmowę!
Foto: Hanna Jankowska

(Honorata Jankowiak)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (1)

DANUTADANUTA

3 0

Dorotko stoczyłaś ogromną walkę a mimo to jesteś pełna optymizmu i zaangażowania w pomoc innym ,którzy są dopiero na początku tej drogi -trudnej drogi i dla nich właśnie takie słowa są niezwykle budujące.Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę dużo zdrowia i aby optymizm nigdy Cię nie opuścił.
Koleżanka z ławy szkolnej.
10:25, 03.03.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© gostyn24.pl | Prawa zastrzeżone