Zamknij
REKLAMA

Mimo swych ograniczeń spełnia się kulinarnie i prowadzi bloga

09:21, 21.04.2018 | Honorata Jankowiak
REKLAMA

Ania urodziła się z wrodzoną postępującą krótkowzrocznością. Choroba zabrała jej wiele, ale nie zabrała ciekawości świata, radości życia i niezwykłej energii, którą zaraża innych. Pomimo swoich ograniczeń odkrywa świat z perspektywy nordic walking, a gdy odkłada kijki, spełnia się kulinarnie, eksperymentując w kuchni i prowadząc bloga. - Gdy po raz kolejny spada na nas ciężka sytuacja, wydaje się nam, że sobie nie poradzimy, że to już jest koniec, ale to nieprawda. Patrząc z perspektywy moich operacji uważam, że wszystko jest po coś. Nie wiem co przyniesie życie, bo moja choroba wciąż postępuje i nie mogę nawet zaplanować najbliższej przyszłości, ale staram się cieszyć chwilą i prostymi rzeczami, bo jeśli umiemy się cieszyć małymi rzeczami, to ucieszą nas również te wielkie – mówi Ania Andrzejewska z Brzezia

Ania urodziła się z wrodzoną postępującą krótkowzrocznością, która została u niej zdiagnozowana w wieku dwóch lat. - Już wtedy lekarze stwierdzili u mnie bardzo dużą wadę wzroku, bo było to -16 D. W wieku sześciu lat, mając już -30 D, przeszłam dwie operacje ratujące moje zdrowie - wspomina Ania. Konieczność kolejnych operacji pojawiła się w wieku osiemnastu lat. Wtedy Ania przeszła ich aż pięć w ciągu jedenastu miesięcy. Niestety nie odzyskała już wzroku na prawe oko. Półtora roku temu Ania ponownie przeszła operację – na lewe oko. - Okazało się, że podwichnęła – oderwała się soczewka na lewym oku i trzeba było ją usunąć – tłumaczy. Choć w sumie przeszła już osiem operacji, nie czuje żalu do losu. - Żartobliwie traktuję wszystkie operacje jak przerywnik mojego życia i staram się nie załamywać. Mam szczęście mieć bardzo wspierającą rodzinę – rodziców, brata, kuzynostwo, na których mogę zawsze liczyć. Często powtarzam, że w życiu mogą się zdarzyć różne nieszczęścia czy niepełnosprawności, ale szczęście do ludzi jest najważniejsze i ja je mam. Wszyscy, którzy mnie otaczają lub na których trafiam, traktują mnie dobrze, nigdy nie odczułam negatywnej energii – mówi z uśmiechem i przyznaje, że jest typem osoby niezwykle ciekawej świata i właśnie ta ciekawość dodaje jej siły. - Bywają ciężkie chwile, ale nawet w takich staram się widzieć szklankę do połowy pełną, bo gdybym się załamała, nie zrobiłabym nic, a przecież jest tyle rzeczy do poznania i odkrycia, a ja jestem z natury bardzo ciekawska. Zawsze taka byłam i nie chcę się tej cechy pozbywać. Lubię dużo wiedzieć i cały czas poszerzać swoją wiedzę – mówi.

Dały mi poczucie, że mogę
W czasach edukacji szkolnej najtrudniejsze dla Ani było uczenie się ze słuchu. - W szkole średniej nauka zajmowała mi o wiele więcej czasu niż moim rówieśnikom. Musiałam się podpierać innymi metodami, na przykład niejednokrotnie rodzice nagrywali mi się, czytając książki – wspomina. Dzisiaj w codziennym funkcjonowaniu Ani bardzo pomagają współczesne technologie, dzięki którym może na przykład korzystać z programów mówionych, które ułatwiają czytanie dużych artykułów w Internecie. Ania korzysta też z urządzenia przetwarzającego tekst pisany na czytany. Są jednak sytuacje, gdy musi poprosić o pomoc, bo zwyczajnie potrzebuje podeprzeć się czyimś ramieniem. I wcale się tego nie wstydzi, bo jak mówi, czasem trzeba umieć schować dumę do kieszeni. Ze względu na wzrok Ania musi przestrzegać wielu ograniczeń. - Mogę dźwigać tylko do siedmiu kilogramów. Nauczyłam się z tym żyć. Jeśli ktoś widzi mnie poruszającą się po domu, nie zobaczy tych ograniczeń, ale to dlatego, że to jest mój teren, który bardzo dobrze znam – tłumaczy i jednocześnie przyznaje, że choroba zmusiła ją do rezygnacji z wielu rzeczy. - Ta choroba wiele zabiera. Zawsze bardzo lubiłam aktywność fizyczną, ale po każdej kolejnej operacji dowiadywałam się o kolejnych ograniczeniach. Musiałam zrezygnować z wielu rzeczy... Nie mogę już na przykład jeździć rowerem – wyjaśnia. Zamiast tego znalazła więc inną aktywność, która bardzo ją pochłonęła. - Odkryłam kolejną pasję – jest nią nordic walking, na punkcie którego całkowicie oszalałam. Pozwoliło mi to złamać bariery psychiczne – to dla mnie bardzo ważne, gdy mam świadomość, że mogę się samodzielnie przemieścić, mam wtedy poczucie niezależności – z uśmiechem opowiada Ania, która z kijkami chodzi od około dziesięciu lat, jednak wcześniej tylko po dróżkach leśnych i w towarzystwie psa. Od roku robi to dużo odważniej, przemierzając cały Gostyń. - Kijki dały mi wielką otwartość i poczucie, że mogę. Dzięki nim odkrywam wszystko na nowo. Rodzice nigdy nie chowali mnie pod kloszem, jednak wcześniej, ze względu na moją niepełnosprawność, czuli o mnie strach. Przez to, że ja się odważyłam, pokazałam rodzicom, że nie muszą się już o mnie tak martwić – wyznaje.

Ta miłość przyszła naturalnie
Gdy odkłada kijki, Ania chętnie zatraca się w kuchni, gdzie nie waha się eksperymentować. Jak mówi, ta miłość przyszła bardzo naturalnie. - W naszym domu zawsze utrzymywało się tradycję gotowania i przygotowywania domowych posiłków. W naturalny sposób zaczęłam to przejmować. Na początku dużo uczyła mnie mama, a z czasem, gdy zauważyłam, że coraz więcej rzeczy mi wychodzi, zaczęło mnie to kręcić. Mnogość produktów, często egzotycznych i nietuzinkowych i ich łatwa dostępność sprawiają, że stała się to dla mnie cudowna forma realizacji siebie. Czasem łapię się na tym, że na dzień wcześniej, gdy mam coś ugotować, już myślę o tym, układam całą logistykę, modyfikuję niektóre rzeczy. Uwielbiam czas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanoc, bo wtedy mogę rozwinąć kulinarne skrzydła – mówi. Ania aktywnie pielęgnuje też wielkanocną tradycję święcenia potraw, która w jej rodzinnym domu kultywowana jest od ponad stu lat. - Od ponad stu lat, co roku, w Wielką Sobotę, o wyznaczonej godzinie przyjeżdża do nas ksiądz proboszcz lub wikariusz z parafii pw. Św. Ducha w Gostyniu i dokonuje poświęcenia pokarmów przeznaczonych do spożycia w trakcie śniadania w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego. Około stu osób z naszej miejscowości, tj. z Brzezia, a są to przedstawiciele poszczególnych rodzin, zwłaszcza mamy z małymi dziećmi, moja najbliższa rodzina i znajomi; wszyscy odświętnie ubrani, z koszyczkami pełnymi potraw do święcenia, przychodzą do naszego domu. Wchodzą do pokoju i zajmują miejsca wokół udekorowanego stołu, na którym znajdują się różnorodne tradycyjne strawy. Przybyli ustawiają się jeden przy drugim, by jak najwięcej osób weszło, zostawiając miejsce, przejście dla księdza, który po modlitwie dokonuje poświęcenia pokarmów. Dzień wcześniej razem z mamą przygotowujemy wszystko, co znajdzie się na wielkanocnym stole, tj. jajka, kiełbasy, szynkę swojej roboty, babkę, śmietanowy tort , pieczywo i sól oraz to, co służy upiększeniu stołu – relacjonuje. - Kiedy moja babcia, a mojej mamy teściowa, poważnie zachorowała, mama przejęła pokoleniową pałeczkę i już od 25. lat przygotowuje święconkę. Włączała mnie od dziecka do różnych prac i nauczyła piec, gotować, ozdabiać wielkanocny stół, bym teraz mogła wykorzystać nabyte umiejętności w celu kontynuowania tego pięknego zwyczaju. W Polsce zwyczaj święcenia potraw jest wpisany w tradycję największych dla chrześcijan Świąt Wielkanocnych. Świadomość, że mamy swój niewielki udział w upowszechnianiu tego obyczaju powoduje, że co roku staramy się, aby było jeszcze piękniej – dodaje.

Kraina smaków Ani
Ania przyznaje, że ma wyostrzony zmysł słuchu i dotyku, a w związku z tym drugim ogranicza używanie rękawiczek. Dlaczego? - Zakładając rękawiczki jestem uboższa o zmysł dotyku, który jest mi bardzo potrzebny. Myślę, że organizm stara się w ten sposób zneutralizować dysfunkcję wzroku – mówi. Właśnie zmysł dotyku wykorzystuje w kuchni, gdzie jest specjalistką od pierogów i makaronów. - Zmysł dotyku pomaga mi w tym i pewnie stąd uwielbiam lepić z ciasta, dlatego jeśli ktoś w moim domu lepi pierogi, to jestem to ja. Gdy mogę sobie pougniatać ciasto, to dla mnie wielka przyjemność – wyznaje. Ania nie tylko sama chętnie gotuje, ale równie chętnie próbuje kuchni innych, by poszerzać swoje horyzonty kulinarne. Ta miłość do kulinariów ujawnia się też w fotografowaniu. - Uwielbiam robić zdjęcia potraw. Czasem się śmieję, że gdyby ktoś mi ukradł telefon, to znalazłby w nim samo jedzenie, tak dużo mam zdjęć. Stało się to tak naturalne, że dzieje się machinalnie – śmieje się Ania. Czy posiada swoje autorskie przepisy kulinarne? Jest nim przepis na makaron z łososiem, w sosie śmietanowo – serowym z brokułami. - Wymyśliłam go od podstaw, gdy zasmakowało mi połączenie brokułów z serem. Ten przepis tak wszedł do naszego domowego menu, że wielokrotnie, gdy chcę coś zrobić, domownicy proszą, bym zrobiła właśnie to danie – mówi Ania. Właśnie ten przepis jest jednym z wielu, które znaleźć można na prowadzonym przez Anię blogu kulinarnym. W jaki sposób podjęła decyzję o jego założeniu? Ania przyznaje, że zmotywował ją do tego brat. - W którymś momencie troszkę szukałam swojej drogi życiowej, głównie ze względu na ograniczenia wynikające z mojej choroby. Pojawiła się luka...Brat przypomniał mi wtedy, że kocham gotowanie i powinnam coś z tym zrobić – fotografować i dokumentować to. Dopingowali mnie również rodzice i znajomi – kontynuuje. Ania stworzyła bloga po to, by zaspokajał potrzebę kulinarnych inspiracji, których ona sama niejednokrotnie szuka. By spełniał oczekiwania zarówno tych, którzy w kuchni radzą sobie świetnie, jak i tych, którzy dopiero debiutują na tym polu. - Muszę brać pod uwagę także takich ludzi, którzy z gotowaniem niewiele mają wspólnego. Dla nich ważne będzie na przykład wyjaśnianie niektórych pojęć czy instrukcji. Spotkałam się na przykład z pytaniem co to znaczy rozpuścić czekoladę w kąpieli wodnej. Dlatego zamieszczam nawiasy z wyjaśnieniem czy tłumaczeniem. Sama jestem kulinarnym amatorem, ale z wielką pasją. Wciąż się uczę, na przykład ostatnio dowiedziałam się, że każda czekolada ma inną temperaturę topnienia. Takich ciekawostek jest wiele, dlatego chciałabym swój blog poszerzyć też o kulinarne ciekawostki – mówi Ania, dla której ważna jest wiarygodność publikowanych przepisów. - Na blogu zamieszczam tylko przepisy, które osobiście sprawdziłam i dlatego mogę je polecić innym. Chciałabym, by mój blog kojarzony był z przepisami, które się udają. Byłoby mi bardzo miło, gdyby za jego sprawą ludzie zarazili się pozytywną pasją do gotowania – wyjaśnia Ania, która na swoim blogu ma też przepis, który bardzo kojarzy się z nią – przepis na piernik staropolski. - W moim domu nikt przede mną go nie piekł. Właśnie z tym piernikiem jestem kojarzona w czasie przedświątecznym. To jest wyjątkowy przepis, gdyż ciasto na ten piernik zarabia się dwa miesiące przed świętami Bożego Narodzenia. Przez ten czas dojrzewa w lodówce. Można by pomyśleć, że ciasto straci świeżość czy aromat przypraw korzennych, ale jest wręcz przeciwnie – jest plastyczne w obróbce i fantastycznie smakuje, zwłaszcza przełożone powidłami własnej roboty. Ten piernik wszedł do naszego świątecznego domowego menu i już nie wyobrażamy sobie świąt bez niego – opowiada.

Wszystko jest po coś
Na co w kuchni Ania zwraca szczególną uwagę? Ważne są dla niej naturalne składniki i jeśli ma możliwość to w pierwszej kolejności wybiera właśnie je. - Staram się eliminować przyprawy z glutaminianem sodu, a ostatnio stałam się fanką suszonej włoszczyzny, którą odkryłam całkiem niedawno. Przekonałam się do jej walorów, gotując żurek na Wielkanoc. W naszym coraz bardziej chemicznym świecie zdrowe gotowanie jest bardzo ważne – mówi. A co zyskuje za sprawą gotowania? ­ - Na pewno to dla mnie możliwość wyrażenia siebie, wolność i samozadowolenie, a największą nagrodą jest, gdy to, co ugotuję, smakuje innym – to jest dla mnie wielki motywator do dalszego rozwoju i nie potrzebuję nic więcej – przyznaje Ania. Choroba wiele ją nauczyła. - Jestem człowiekiem bardziej empatycznym, wytrwałym i dążącym do celu. Choroba nauczyła mnie życiowej twardości i tego, że nie należy się poddawać. Niejednokrotnie muszę włożyć dużo więcej pracy w coś, nad czym inni nawet się nie zastanawiają. To wszystko ukształtowało mój charakter. Myślę, że gdyby nie choroba, nie byłabym tym, kim jestem. Gdy po raz kolejny spada na nas ciężka sytuacja, wydaje się nam, że sobie nie poradzimy, że to już jest koniec, ale to nieprawda. Patrząc z perspektywy moich operacji, uważam, że wszystko jest po coś. Nie wiem, co przyniesie życie, bo moja choroba wciąż postępuje i nie mogę nawet zaplanować swojej najbliższej przyszłości, ale staram się cieszyć chwilą i prostymi rzeczami, bo jeśli umiemy się cieszyć małymi rzeczami, to ucieszą nas również te wielkie – kończy.

Zapraszamy do krainy smaków Ani, którą znajdziecie pod adresem: krainasmakowani.blogspot.com

(Honorata Jankowiak)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (2)

Kinga.Kinga.

11 0

Super gratulacje ze mimo wszystko nie poddałas sie! Podziwiam za to ze miałaś w sobie tyle siły;) pozdrawiam 12:16, 21.04.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

annaanna

7 0

Pani Aniu! Gratulacje - wielka energia, wielkie serce, po prostu SUPER BABKA! Jestem pewna, że wielu ludzi dostało dziś dzięki Pani zastrzyk do działania! Tak trzymać! 00:02, 22.04.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
© gostyn24.pl | Prawa zastrzeżone